Na depresję choruje już ponad sto milionów ludzi na świecie. I wystarczy. Depresji trzeba po prostu uciec. W ryzach trzymają przyjaźń, miłość i pasja. Medycyna ma skuteczne pigułki, psychologia pomaga dociec przyczyny choroby. Jedyne, czego nie wolno zrobić, to poddać się i cierpieć.

Niemal każdy zna kogoś, kto cierpi na depresję. Choć w Polsce, w większości przypadków, nie zdajemy sobie z tego sprawy. Sami chorzy nie wiedzą, co im jest i cierpią w milczeniu, bywa że przez długie lata. Ponad połowa z nich nigdy nie zgłosi się do specjalisty. Na świecie mówi się o depresji swobodnie, jak o przeziębieniu. Dla większości Polaków konsultacja z psychologiem czy psychiatrą wciąż jest zbyt wstydliwa. Pora to zmienić. Im wcześniej rozpoznamy depresję, tym łatwiej i szybciej da się ją wyleczyć. A dotknąć może każdego: starych i młodych, bogatych i biednych. Kobiety chorują jednak na depresję dwa razy częściej niż mężczyźni. W grupie wysokiego ryzyka są też ludzie urodzeni po 1970 r. W porównaniu z własnymi dziadkami mają dziesięciokrotnie większą „szansę” na depresję. Okazuje się też, że znaczenie może mieć rasa, najczęściej chorują biali i Latynosi, oraz miejsce zamieszkania. Najwięcej ludzi choruje w bogatych, rozwiniętych krajach Ameryki Północnej i Europy.

Serce, umysł i ciało
Depresję nazywa się chorobą duszy. Chory jest smutny, czuje się bezradny, załamany, zrozpaczony, przygnębiony, bezwartościowy. Bardzo często ma też silne poczucie winy. Nastrój najgorszy jest rano, w ciągu dnia nieco się poprawia. Charakterystyczny jest jednak zanik odczuwania przyjemności. Wszystko to, co wcześniej sprawiało frajdę, hobby, pasje, zainteresowania, nagle stają się nudne, nijakie, jałowe. Albo, co równie częste, niezwykle trudne i wymagające. Żadnej radości, żadnej przyjemności. Choroba zasnuwa mrokiem nie tylko uczucia. Równie silnie wpływa na sposób myślenia o sobie, innych ludziach, świecie wokół i o przyszłości. Cierpiący na depresję uważają, że są gorsi, głupsi czy mniej kompetentni od innych. Nie spodziewają się już niczego dobrego od życia, są przekonani, że ich przyszłość to pasmo niepowodzeń i porażek. Ba, nawet komplementy czy pozytywne wydarzenia potrafią obrócić przeciwko sobie, umniejszając własną wartość! Pełne zachwytu komentarze nad niedzielnym obiadem pani domu, jeśli boryka się z depresją, może uznać za informację, że widocznie wszystkie poprzednie były do niczego i w związku z tym jest fatalną żoną i matką… W depresji choruje też ciało. Pogarszającemu się samopoczuciu towarzyszy narastające zmęczenie, bóle oraz problemy ze snem. Bardzo często chorzy tracą apetyt. Nawet ulubione dania przestają im smakować. Co, wraz z upływem czasu, może oznaczać niedobory witamin czy mikroelementów , i jeszcze gorsze samopoczucie. Bywa też odwrotnie, zwłaszcza w lżejszych przypadkach depresji, że chorzy dostają wilczego apetytu. Objadanie się wywołuje, szczególnie u kobiet, poczucie winy i spadek własnej atrakcyjności, jeśli wskazówka wagi pokaże więcej kilogramów niż zazwyczaj. I jeszcze gorszy nastrój, który próbują sobie poprawić kolejną czekoladką czy pączkiem! U mężczyzn samoocenę pogarsza występujący często w depresji spadek libido.

Geny czy stres?
Dlaczego chorujemy? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. U każdego z nas choroba może mieć indywidualne przyczyny i przebieg. Nie ma, jednak wątpliwości, że depresja pojawia się zawsze, w kontekście jakiś ważnych, często, trudnych życiowych wydarzeń. Reagujemy nią na utratę np. kogoś bliskiego czy pracy, na rozwód czy niepowodzenia. Słowem – korzenie depresji tkwią w poczuciu porażki i bezradności. Dlaczego jednak wielu ludzi po trudnych przeżyciach zbiera się w sobie i żyje jak dawniej, a inni popadają w depresję? Psychologowie tłumaczą to różną podatnością na tę chorobę. Z wieloletnich badań, wynika niezbicie, że znacznie częściej chorują ludzie, którzy mają za sobą trudne, traumatyczne dzieciństwo. Nie bez znaczenia są również geny. Choć depresja nie jest chorobą dziedziczną, to w niektórych przypadkach predyspozycje genetyczne są niczym stan psychicznej gotowości do choroby, którą może wywołać trudna sytuacja życiowa czy przedłużający się stres. Coraz więcej wiadomo też o przyczynach biologicznych. Powodem depresji mogą być zaburzenia hormonalne i biochemiczne w pracy mózgu. Na depresję chorują też znacznie częściej ci, którzy już cierpią na jakieś dolegliwości. Zwłaszcza, gdy to choroba poważna, np. nowotwór, czy przewlekła, jak cukrzyca lub astma, albo utrudniająca normalne życie, np. łuszczyca czy trądzik. Depresja rodzi się też z samotności i braku wsparcia społecznego. Powodują ją utrzymujące się problemy małżeńskie, zawodowe lub finansowe. Dla kobiet trudnym momentem jest menopauza i czas, gdy dzieci opuszczają gniazdo rodzinne. Zbiegają się wtedy wszystkie możliwe czynniki wywołujące chorobę: biologiczne (hormonalne), a także psychologiczne i emocjonalne oraz społeczne. Mężczyźni zaś często przeżywają depresję, gdy przechodzą na emeryturę. Warto również wczytać się dokładnie w ulotki leków, które na co dzień przyjmujemy; leki na ciśnienie, nasenne, antykoncepcyjne i wiele innych – zwłaszcza jeśli są długo przyjmowane, mogą dawać efekt uboczny w postaci depresyjnego nastroju! Nie każdy smutek oznacza depresję! Wszystkim zdarzają się porażki, kłopoty czy rozstania, na które reagują zniechęceniem, bezradnością, często rozpaczą. I nie ma w tym nic niepokojącego. Stres czy frustracja związane z utratą pracy czy żałobą po ukochanym członku rodziny są naturalną reakcją emocjonalną i nie powinny być interpretowane jako objaw depresji. Podobnie jest ze zwykłą chandrą. Każdy z nas ma prawo, by od czasu do czasu nie mieć ochoty na nic. Kiedy wobec tego zacząć się niepokoić o siebie lub swoich bliskich? Gdy smutek, poczucie beznadziejności, zaburzenia snu i koncentracji, apatia oraz niekontrolowane wybuchy emocji utrzymują się przynajmniej kilka tygodni i nie słabną, a przeciwnie, nasilają się. Wtedy warto konsultować się z lekarzem lub psychologiem.

Pigułka i słowo
Depresję leczy się najczęściej dwutorowo – lekami i psychoterapią. To zależy od postaci choroby, bo depresja ma wiele twarzy. Gdy powodem są zaburzenia wewnętrzne, np. niedobory neuroprzekaźników w mózgu, podstawą jest farmakologia. Natomiast w przypadku tzw. depresji reaktywnych, czyli „odpowiedzi emocjonalnej” na trudne życiowe wydarzenia, większe znaczenie ma psychoterapia. „Pigułka szczęścia” wydaje się rozwiązaniem najprostszym. Istotnie, w wielu przypadkach jest bardzo skuteczna. Pacjenci jednak często boją się uzależnienia od leków przeciwdepresyjnych. Dlatego warto wyraźnie podkreślić – leki przeciwdepresyjne nie uzależniają! Tyle że na efekt ich działania trzeba trochę poczekać, od dwóch do czterech tygodni. W tym czasie mogą się pojawić nieprzyjemne objawy: mdłości, wzmożona senność, niepokój, dziwne samopoczucie. To symptomy przystosowywania się organizmu do leku. Trzeba je przeczekać. Pod żadnym pozorem nie odstawiać leku samemu, z dnia na dzień. Zwłaszcza po dłuższym okresie przyjmowania. Same leki to jednak za mało. Działają jak tabletka przeciwbólowa, likwidując objaw a nie przyczynę problemu. Dlatego potrzebna jest psychoterapia. Psycholog czy psychiatra omawia z pacjentem emocje, myśli i zachowania, próbując znaleźć i zrozumieć źródło depresji. Jak szukać kompetentnego specjalisty, który pomoże nam uporać się z depresją? O co warto zawczasu pytać i na co zwracać uwagę? Po pierwsze o certyfikat psychoterapeutyczny. To dyplom uzyskiwany na podyplomowych studiach czy szkoleniach, który jest świadectwem profesjonalizmu i umiejętności psychoterapeuty. Można też zapytać o techniki, jakimi dany terapeuta pracuje, jego doświadczenie itd. jeśli spotkamy się z irytacją albo wymijającymi odpowiedziami – poszukajmy innego specjalisty.

Ucieknij depresji
Lepiej zapobiegać niż leczyć. Nawet jeśli mamy skłonność do depresji, możemy jej uniknąć. Tamą dla smutku są głębokie, ciepłe związki z ludźmi i zmiana podejścia do życia. Z wieloletnich obserwacji wynika, że najczęściej chorują osoby osamotnione oraz te, które tak się czują, nawet w grupie. Najrzadziej – ci, którzy mają udane małżeństwo i szczęśliwe rodziny albo satysfakcjonujące przyjaźnie. Słowem, pełne bliskości, wsparcia i zaufania relacje z innymi ludźmi. Dlatego warto już dziś o nie zadbać. Zwłaszcza gdy zbyt głęboko utkwiliśmy w pracy, interesach czy rozpamiętywaniu przeszłości. Warto zebrać się i zorganizować spotkanie z przyjaciółmi -ot, tak – bez okazji. Zadzwonić do starych znajomych, z którymi nie rozmawialiśmy od miesięcy, bo trudno było znaleźć chwilę. Zabrać rodzinę do kina albo na spacer. Rodzinny program minimum to wspólne jedzenie posiłków. Niby drobiazg, ale psychologowie mówią, że bardzo wiele znaczy! Wychodząc i otwierając się na ludzi, uciekamy depresji! Równie skutecznie można jej uciec dosłownie. Czyli biegając lub uprawiając jakąkolwiek inną formę ruchu. Aktywność fizyczna, nawet jeśli miałby to być półgodzinny marsz po osiedlu, stymuluje wydzielanie w mózgu endorfin zwanych powszechnie hormonami szczęścia. Regularny wysiłek, oczywiście adekwatny do wieku i stanu zdrowia, to też świetne panaceum na stres, chandrę albo zmęczenie przeciągającą się zimą i tęsknotą za słońcem. Można się o tym przekonać, robiąc mały eksperyment i w niedzielne popołudnie, zamiast spędzać czas na kanapie przed telewizorem, założyć czapkę, trampki i zmusić się do pobiegania przez pół godziny. Lepsze samopoczucie gwarantowane. Jeśli ktoś nie lubi biegać, równie dobry będzie basen, siłownia, aerobik, joga, rowery, taniec czy nawet mycie okien – cokolwiek, co wyciągnie nas zza biurka czy z kanapy lub fotela i zmusi do ruchu. Na koniec warto też zadbać o tzw. life balance, czyli zasadę, którą najprościej można przełożyć na polski jako „nie samą pracą człowiek żyje”. Warto mieć hobby, pasję czy zainteresowania, którym będziemy poświęcali wolny czas. Przepracowanie oraz związany z tym stres i frustracja to pożywki dla depresji. Dlatego zamiast narzekać na permanentny brak wolnego czasu, dobrze jest spróbować tak przeorganizować swoje codzienne życie, aby wykroić chociaż godzinę dziennie na odpoczynek i rzeczy przyjemne, nawet jeśli zupełnie niepożyteczne!

5 wcieleń smutku
• Depresja może przybierać różne formy. Czasem przebiega łagodnie. Takiej depresji doświadcza przynajmniej raz w życiu większość ludzi. Pojawia się w trudnych i stresujących okolicznościach. Zwykle mija sama lub po interwencji psychoterapeuty. Dopiero depresja ciężka, zwana też kliniczną, wymaga intensywnej opieki, farmakoterapii i często pobytu w szpitalu.
• Dystymia. Objawy są łagodniejsze niż w klasycznej depresji, ale trwają znacznie dłużej, często kilka lat bez okresów poprawy. Tę formę choroby często lekceważymy przylepiając osobie cierpiącej etykietkę melancholika. A powinniśmy zachęcić go do rozmowy z psychologiem.
• Depresja poporodowa . To coś innego niż zwykły baby blues, czyli uwarunkowany hormonalnie spadek nastroju w drugiej lub trzeciej dobie po porodzie. Baby blues najczęściej mija po tygodniu do dwóch. Depresja poporodowa pojawia się znacznie później – mniej więcej miesiąc po porodzie i nie ustępuje, wręcz przeciwnie, objawy z czasem się nasilają.
• Depresja maskowana. Lekarzom trudno ją rozpoznać, bo pacjenci szukają u nich pomocy nie z powodu smutku, lecz silnego, uporczywego i nawracającego bólu, którego nie łogodzą żadne środki przeciwbólowe! Boli głowa, kręgosłup, stawy lub brzuch. Podejrzenie, ze problemem jest depresja, pojawia się zazwyczaj po wielu tygodniach badań, z których wynika, że pacjent fizycznie jest zdrów.
• Depresja sezonowa. Jest związana z porami roku i pogodą. Występuje cyklicznie, najczęściej jesienią i zimą, gdy brakuje światła słonecznego, dni są krótkie, ponure i mgliste. Jej typowym objawem jest przygnębienie, rozdrażnienie oraz często nadmierna senność. Objawy najczęściej mijają wraz z nadejściem wiosny i pierwszych słonecznych dni.

Chandra czy depresja?
Smutek może oznaczać, że przeżywasz chwilowy dołek. Zaniepokoić powinno osiem wymienionych poniżej objawów. Jeśli utrzymują się przez kilka tygodni, warto porozmawiać o nich z lekarzem lub psychologiem.
• Zaburzenia snu. Charakterystyczne dla depresji jest budzenie się o 3.00-4.00 nad ranem i trudności z ponownym zaśnięciem. Niepokojąca jest również nadmierna senność, także w ciągu dnia, i uporczywe poczucie niewyspania.
• Zauważalne problemy z koncentracją. Nagle kłopot zaczynają sprawiać dobrze znane i opanowane czynności w pracy i w domu.
• Dojmujące poczucie własnej bezradności i beznadziei. Przyszłość i świat wokół widziane tylko w czarnych barwach.
• Problem z kontrolowaniem negatywnych myśli i reakcji.
• Wahania wagi i związana z tym utrata apetytu lub przeciwnie – objadanie się (głównie słodycze, pieczywo).
• Poczucie smutku, zniechęcenia, brak energii, utrata zainteresowania codziennymi sprawami i tym, co dotychczas sprawiało przyjemność.
• Wycofanie z relacji towarzyskich, tendencja do spędzania czasu w samotności. Zwiększona drażliwość, kłótliwość. Niewystępująca wcześniej skłonność do wybuchów emocjonalnych.

Dziecięcy blues
Dlaczego dzieci chorują? Reagują depresją na trudne wydarzenia: rozwód rodziców, śmierć w rodzinie, zmianę szkoły lub miejsca mieszkania. Ryzyko wystąpienia choroby rośnie, jeśli w domu panuje agresja i przemoc lub rodzina zmaga się z problemem alkoholowym. Często przyczyną dziecięcej depresji jest brak zainteresowania i wsparcia ze strony rodziców. Ryzyko choroby zwiększa też wszystko, co odróżnia dziecko od grupy, która jest dla niego bardzo ważna, np. otyłość, fizyczna odmienność, nasilony trądzik itd.
Dzieci sygnalizują problemy nie słowami lecz działaniem. Dlatego trzeba obserwować, jak zachowuje się dziecko. Co powinno zaniepokoić? Poza „klasycznymi” symptomami zwróć uwagę na:
• częste i trudne do wyjaśnienia dolegliwości bólowe (najczęściej boli głowa lub brzuch)
• nagłe pogorszenie ocen, problemy w szkole
• zarzucenie dotychczasowych hobby, treningów, spotkań z przyjaciółmi
• częste uczucie zmęczenia, problemy z koncentracją, pamięcią
• eksperymenty z alkoholem i/lub narkotykami
Z depresją boryka się około 2 proc. dzieci do szóstego roku życia. Im dziecko starsze, tym ryzyko depresji rośnie. Wśród 13-15-latków choruje kilkanaście procent, a w wieku maturalnym ponad połowa! Pokazały to badania przeprowadzone w 2006 r. przez gdańską Akademię Medyczną.

źródło: Moda na Zdrowie